Tak, wczoraj znów miałam zły nastrój i znów zrobiłam obiad, który połechtał moje kubki smakowe. Był to makaron z fetą, szpinakiem i suszonymi pomidorami (nie ma to jak studenckie jedzenie). Jak tak dalej pójdzie, przestanę się mieścić nawet w rozsuwanych drzwiach.
Sesja pełną parą, juwenalia też. Z jednej strony to miło, że skończę sesję o miesiąc wcześniej niż inni, ale z drugiej muszę opuścić praktycznie wszystkie imprezy. No może nie muszę, ale trzeba trzymać fason i zdać egzaminy. Im bliżej owych sprawdzianów wiedzy tym coraz później wracam do domu.
Ciągle COŚ nie daje mi spokoju. Troszkę mi się tęskni za domem, a trochę za błogim lenistwem na plaży… jest to dziwny stan ponieważ dawno tak się nie leniłam jak przez ostatni rok. Troszkę też tęsknię za pewnymi osobami, myślę o nich intensywnie, a nawet śnię. W zadumę wprowadza mnie także myśl o tym, że jeszcze niedawno przyjechałam z całym swoim życiem w kartonach do mojego wielkomiejskiego mieszkanka, a tymczasem minął już rok. Rok “samodzielności” – nie było tak strasznie jakby się mogło wydawać, co? Chyba niewiele się nauczyłam. Uświadomiłam sobie tylko parę rzeczy na temat własnego charakteru i na temat tego ile powinnam w sobie zmienić. Przeraża mnie mierność z jaką żyję. Wszystko robię “średnio”. Jestem średnią studentką, średnią przyjaciółką i pewnie też średnio gotuję.