Zauważyłam u siebie pewną prawidłowość. Mianowicie, gdy tylko moja głowa zaczyna puchnąć od analizowania i zastanawiania się nad życiem, wędruję do kuchni. Nie idę tam po to by zajeść smutki ale po to by ugotować coś pysznego. Nawet nie muszę długo zastanawiać się nad wyborem przepisu. On przychodzi sam i od razu wiem jakich użyć produktów i w jakich ilościach. Kocham wtedy zakupy, wybieranie odpowiednich rzeczy… Samo przygotowywanie posiłku sprawia, że odpoczywam i pozbywam się złych duchów z mojej głowy. Lubię widzieć, że owe danie smakuje innym i że doceniają mój wysiłek. Wbrew pozorom nawet mi to wychodzi, w przeciwieństwie do Gracjana Roztockiego. Gdy za kilka lat będę już stara i chora psychicznie, chcę by zamknięto mnie w wielkiej kuchni, w której będę mogła gotować do woli.
P.S. Efektem dzisiejszego, złego samopoczucia były nadziewane pieczarki.
Chcę zostać zaproszony.
Przez: Mat w Maj 5, 2010
o 10:03 pm