Czy do ludzi, których darzymy trochę więcej niż tylko sympatią należy się przywiązywać? Czy może lepiej trzymać własne, wewnętrzne ‘ja’ na dystans i nie dopuszczać innych zbyt blisko. Jedno jest pewne, nie wolno uzależniać się od innych, ponieważ oni mogą od nas odejść lub nas skrzywdzić. Uzależniajmy się od innych rzeczy – od uśmiechu, od robienia spontanicznych rzeczy, no i … od papierosów też się uzależniajmy!
Notka ta jest arcygłupia, ale musiałam ją z siebie wypluć
P.S.
Moim postanowieniem na rok 2011 jest … zakochać się!
Czy przyjaźń polega na wspieraniu drugiej osoby, byciu z nią w ciężkich i wspaniałych chwilach? Na słuchaniu swojego przyjaciela, gdy ten ma ochotę się czymś z nami podzielić? Czy może polega na wyznaczaniu granic, mówieniu co jest w dobrym tonie a co nie, wybieraniu drugiej połówki i znajomych?
Zawsze starałam się wyznawać zasadę, że to druga osoba czyt. przyjaciel, ma kluczyk do tego co skrywa w środku i tylko TA osoba może nam go dać. Nigdy też nie lubiłam przesadnego ingerowania w czyjeś życie. Oczywiście – można doradzać, oceniać ale nigdy w takim stopniu aby wpływać na to co dana osoba czuje lub myśli. Tym bardziej nie można owej osoby namawiać do czegokolwiek.
Obecnie jest trochę burzliwie w moim życiu i otoczeniu. Przyjaciele okazali się zazdrosnymi egoistami, którzy wiedzą lepiej co jest dla drugiej osoby lepsze a co gorsze.
Od pewnego czasu zastanawiam się nad cyfrą 4, a raczej nad jej jestestwem w filmach dla kobiet. Nie jest tak? Fabuła oparta na perypetiach 4 kobiet: „Gotowe na wszystko”, „Lejdis”, „Klub Szalonych Dziewic”, nawet „Bella Mafia” z 1997 roku no i oczywiście uwielbiany przeze mnie „Seks w wielkim mieście”. Wszystkie te produkcje i wiele innych są identyczne. Ktoś kiedyś pomyślał „O zrobię film, wezmę 4 babki i już.” Tylko właśnie dlaczego 4? I dlaczego schemat ten powielany jest wiele razy? I czyj pomysł był pierwszy. Dlaczego nikt nie może się sprzeciwić i zaangażować np. trzech lub pięciu kobiet?
Tak, wczoraj znów miałam zły nastrój i znów zrobiłam obiad, który połechtał moje kubki smakowe. Był to makaron z fetą, szpinakiem i suszonymi pomidorami (nie ma to jak studenckie jedzenie). Jak tak dalej pójdzie, przestanę się mieścić nawet w rozsuwanych drzwiach.
Sesja pełną parą, juwenalia też. Z jednej strony to miło, że skończę sesję o miesiąc wcześniej niż inni, ale z drugiej muszę opuścić praktycznie wszystkie imprezy. No może nie muszę, ale trzeba trzymać fason i zdać egzaminy. Im bliżej owych sprawdzianów wiedzy tym coraz później wracam do domu.
Ciągle COŚ nie daje mi spokoju. Troszkę mi się tęskni za domem, a trochę za błogim lenistwem na plaży… jest to dziwny stan ponieważ dawno tak się nie leniłam jak przez ostatni rok. Troszkę też tęsknię za pewnymi osobami, myślę o nich intensywnie, a nawet śnię. W zadumę wprowadza mnie także myśl o tym, że jeszcze niedawno przyjechałam z całym swoim życiem w kartonach do mojego wielkomiejskiego mieszkanka, a tymczasem minął już rok. Rok „samodzielności” – nie było tak strasznie jakby się mogło wydawać, co? Chyba niewiele się nauczyłam. Uświadomiłam sobie tylko parę rzeczy na temat własnego charakteru i na temat tego ile powinnam w sobie zmienić. Przeraża mnie mierność z jaką żyję. Wszystko robię „średnio”. Jestem średnią studentką, średnią przyjaciółką i pewnie też średnio gotuję.
Zauważyłam u siebie pewną prawidłowość. Mianowicie, gdy tylko moja głowa zaczyna puchnąć od analizowania i zastanawiania się nad życiem, wędruję do kuchni. Nie idę tam po to by zajeść smutki ale po to by ugotować coś pysznego. Nawet nie muszę długo zastanawiać się nad wyborem przepisu. On przychodzi sam i od razu wiem jakich użyć produktów i w jakich ilościach. Kocham wtedy zakupy, wybieranie odpowiednich rzeczy… Samo przygotowywanie posiłku sprawia, że odpoczywam i pozbywam się złych duchów z mojej głowy. Lubię widzieć, że owe danie smakuje innym i że doceniają mój wysiłek. Wbrew pozorom nawet mi to wychodzi, w przeciwieństwie do Gracjana Roztockiego. Gdy za kilka lat będę już stara i chora psychicznie, chcę by zamknięto mnie w wielkiej kuchni, w której będę mogła gotować do woli.
P.S. Efektem dzisiejszego, złego samopoczucia były nadziewane pieczarki.
Staram się nigdy nie zwracać uwagi na autobusowe zaczepki, jednak ta dzisiejsza była niezmiernie miła. Czasami jedno wypowiedziane zdanie, przez zupełnie obcą osobę jest wstanie zmienić całe nastawienie do mijającego dnia. Spotkałam dziś bardzo miłego człowieka, który z racji krążącego alkoholu w jego krwi stał być się bardzo zabawnym.. i muszę przyznać, że mu się to udało. I to właśnie uważam za przeznaczenie. Oczywiście ta dzisiejsza sytuacja nie zmieni mojego życia, ale pozwala mi spojrzeć na pewne sprawy z nieco innej strony, a to uważam za spory sukces.
Tak już chyba w tym naszym szarym życiu jest. Same powroty do punktu wyjścia. Kiedy wydaje się nam, że nasze życie pędzi do przodu, w kompletnie nieoczekiwanym momencie następuje zwrot. Dotyczy to zarówno życia zawodowego, jak i sfery uczuć i właśnie nad tym aktualnie się zastanawiam. Mimo powtarzania Heraklitowych słów na temat kolejnego wstępowania do tej samej rzeki, już kolejny raz wracam do tytułowego punktu wyjścia. Nie pomogła przeprowadzka do innego miasta.. wystarczy jeden telefon czy sms i znów rozum przegrywa w walce z uczuciami. I znów pojawiają sie pytania „A może tym razem będzie lepiej, inaczej?”, tymczasem wszyscy na około mnie wiedzą, jak to wszystko się skończy. Wciąż nie potrafię określić w czym tkwi problem, i nie potrafię też całkowicie odciąć się od tego, co dotychczas przynosiło mi same problemy i nerwy. Może to uzależnienie? Może moje życie ma polegać na trwaniu w nadziei, że w przyszłości wszystko się wyjaśni i szala przechyli się w jedną lub drugą stronę? Jeśli tak, to przykre ponieważ czekanie na to by ktoś wydoroślał może okazać się nieskończonością.
W takie cudowne dni jak dzisiejszy wszystko staje się prostsze. Słońce ogrzewa twarz, a oczy łzawią od jasnego światła. Nawet mroźne powietrze wydaje się ciepłe. W głowie słyszę „Sen o Warszawie” i to szare miasto nabiera kolorów. Mój indeks zapełnia się piątkami i trójkami, aż mam wrażenie, że to całe studiowanie idzie mi aż za dobrze.
Co raz częściej przekonuję się, że klimat wyjęty wprost z kultowego serialu „Beverly Hills 90210″ najbezpieczniej jest podziwiać, zza szklanego ekranu. Niestety, nie każdemu jest to dane. Ludzie skazani na szkołę prywatną muszą się z tym liczyć. Na codzień muszę wysłuchiwać rozmów o nowych kolekcjach w H&M’ie, snobistyczno – bananowych imprezach i o nowościach na Facebooku podczas, gdy w mojej duszy hula tęsknota za kompletnie innymi rozrywkami, których do czasu wyjazdu mi nie brakowało. Mam na myśli spędzanie wolnego czasu na przesiadywaniu przy ognisku, śpiewaniu do dźwięków gitary… Niestety dla ludzi, na których obecnie jestem skazana jest to rozrywka kompletnie obca. Bardzo żałuję, że nie jest mi dane ciągłe przebywanie ze studentami z krwi i kości, którzy potrafią się dobrze bawić bez wielkich wydatków, ekskluzywnych klubów i muzyki superekstrazajebistych DJów. Na szczęście w kręgu moich znajomych istnieje kilka dobrych duszyczek, które od czasu do czasu wyciągają mnie z ‘Banana’s World’ i pozwalają na spędzenie naprawdę miłych chwil. Poza tym bardzo drażni mnie fakt, że tacy bananowi ludzie przykładają bardzo małą uwagę do swojej edukacji (często nie mając pojęcia o banalnych sprawach), przez co nie ma klimatu do nauki. Bardzo często zastanawiam się, czy wogóle wiedzą że są w takiej szkole nie tylko po to by jeść super ekstrazajebiste sałatki i lansować się najdroższą paczką papierosów.. Wolałabym usłyszeć od nich, np. „Nie masz kaski? Odpuść sobie, jutro przecież też jest dzień” zamiast „Nie będę jutro na zajęciach bo lecę do Londynu na przecenę kolekcji…” Jak narazię jestem z siebie dumna, ponieważ nie daję się wciągnąć do ich małego światka i mam nadzieję, że tak zostanie. O!
Dobrze się pan czuje ?
To świetnie,
właśnie widzę - jasny wzok równy krok
jak w marszu.
A ja jestem, proszę pana, na zakręcie.
Moje prawo to jest pańskie lewo.
Pan widzi: krzesło, ławkę, stół, a ja - rozdarte drzewo.
Bo ja jestem proszę pana, na zakręcie.
Ode mnie widać niebo przekrzywione.
Pan dzieli każdą zimę, każdy świt na pół.
Pan kocha swoją żonę.