Posted by: kosiareczka on: listopad 7, 2009
Jak się okazuje, życie w kawalerce nie jest takie złe. Można sobie ziewać o czymś ciekawym, wygłupiać się śpiewając wszystkie jingle reklamowe, a także (co jest bardzo wskazane o tej porze roku) upijać się grzanym winem “z jajem”. Można także zaliczyć imprezę z męskim striptizem i jeść tosty. I wtedy wcale nie czuję się przygnębiona, ani nawet zmęczona bo przecież zawsze można iść razem spać
Jednak czasami nadchodzą gorsze dni kiedy stopień bałaganu w mieszkaniu utrudnia życie. Wtedy trzeba zabrać się za odgruzowywanie owego m4 i to jest chyba jedyna, wykryta przeze mnie wada mieszkania w kawalerce!
Posted by: kosiareczka on: październik 18, 2009
No właśnie jak to jest? Ten weekend spędziłam w domu rodzinnym. Spędziłam go na słuchaniu opowieści znajomych o ostatnich imprezach, wyrywaniu dup i na słuchaniu narzekań mamy. Czy właśnie po to jechałam 6 godzin pociągiem na stojąco w loży dla VIP-ów? (czyt. przy toalecie). Nigdy nie przypuszczałabym, że spotka mnie takie uczucie. Własny pokój wydawał się nieco obcy, nie było w nim już mnie i oczywiście mojego bałaganu. Kiedy jestem u siebie – na Mazurach, zaczyna brakować wielkomiejskiego zgiełku, do którego zaczęłam się już mimo wszystko przyzwyczajać. Natomiast gdy jestem w Warszawie, tęsknię za małym miasteczkiem nad jeziorem… To chyba wina tej paskudnej szarej jesieni. Dziwny jest ten stan, gdy w żadnym z dwóch miejsc nie można czuć się jak “u siebie”.
Posted by: kosiareczka on: wrzesień 27, 2009
Tak wiem,że każdy musi przeżyć w swoim życiu kilka lub kilkanaście rozstań ale to nie jest fair! Kiedy człowiek jest samotny, marzy o miłości, przyjaźni. A kiedy już się to znajdzie, przyzwyczai się, uzależni od przebywania z innymi – bliskimi osobami okazuje się, że w końcu nadchodzi czas w którym trzeba to przerwać.Oczywiście można obiecywać sobie, że nie straci się kontaktu, że ową przyjaźni czy miłość będzie się pielęgnowało z sumiennością Małego Księcia.. lecz chwila, w której widzi się łzy w oczach przyjaciół podczas pożegnania.. bywa okrutna.
TAK! Nienawidzę pożegnań.
Posted by: kosiareczka on: wrzesień 19, 2009
Czasu nie da się zatrzymać, jak to ktoś kiedyś mądry zauważył. Konieczność przeprowadzki do wielkiego miasta i umiejętność adaptacji w tym nowym otoczeniu to nie lada gratka. Jedni się na to cieszą biorąc przykład z Carrie Bradshaw (“Seks w wielkim mieście”), która na myśl o wyjeździe z Nowego Yorku dostawała palpitacji serca, cieszą się z możliwości poszerzenia horyzontów, drudzy natomiast w tym ja, namiętnie zastanawiają się: ‘jak to będzie?’
Wielkomiejscy obywatele nie zdają sobie pewnie sprawy jakim wyczynem dla osób z prowincjonalnych miast i miasteczek jest przystosowanie się do zgiełku aut, ogromnych budynkow i rozkładów jazdy a przyzwyczajenie, że wszędzie dojdzie się ‘z buta’ nie ma tutaj szans. W dodatku nikt nie stara się aby takim nowicjuszom żyło się lepiej, włącznie z paniami z kas PKP. Lecz dzięki Matce Ewolucji człowiek wykazuje doskonałe możliwości adaptacyjne i po kilku miesiacach, kilku pomylonych przystankach i numerach autobusów owi “przybysze z prowincji” nie będą się niczym różnić od “tubylców”. Dlatego też zawsze trzeba wierzyć, że “Może jednak warto czekać na szczęśliwą kartę?”